środa, 16 września 2009

"Misz-masz..."

Moja pycha sprawiła, że postanowiłem stworzyć własną składankę piosenek. Nie chciałem stworzyć jakiegoś „The Best Of” tylko cos nieco nieprzeciętnego. Więc wpadłem na pomysł, że zbiore piosenki, które lubię, ale które są swoistymi perełkami bo nie zostały wydane na normalnych longplayach tylko jako b-sidey singli lub jako edycje limitowane. Po prostu zdobycie ich na nośniku fizycznym graniczy praktycznie z cudem, a jakość tych piosenek jest jednak na tyle duża moim skromnym zdaniem, że wypada je znać.

Z każdą z zamieszczonych tutaj piosenek wiąże się jakaś moja osobista historia, ale nie będę opisywał ich tylko postaram się przytoczyć to w jakich okolicznościach została nagrana i wydana poszczególna piosenka. Tak więc po koleji.

Nr. 1 Muse- Can’t Take My Eyes Out Off You
Wielu myśli, że orygninalnie wykonuje ją Frank Sinatra, tymczasem to niejaki Frankie Valli był pierwszy raz zaśpiewał ten utwór. Muse niemal 40 lat po premierze tej piosenki, podczas których to lat stała się ona istnym szlagierem postanowili zrobić z niej swój cover a efekt tej pracy umieścili na wydanej tylko we Francji i Japonii EP-ce pod tytułem „Dead Star/In Your Word”.

Nr. 2 Röyksopp- Were You Ever Wanted
Chłopaki “purchawkowcy” popełnili karygodny błąd nie umieszczając tej piosenki na normalnym wydaniu ich ostatniej płyty Junior. Tylko odbiorcy z Japonii mogli się nim cieszyć i wczuwać się w jego transowy i bardzo taneczny klimat, dodatkowo uprzyjemniony słodkim wokalem Lykke Li. Najbardziej żywiołowy utwór od Röyksopp jaki dane mi było poznać.

Nr. 3 Róisín Murphy- Off and On
Calvin Harris, który współpracował z Róisín przy nagrywaniu tego utworu nazwał ją „nieco walniętą” za to że nie umieściła go ona na swoim albumie Overpowered. Generalnie nie został on wydany nigdzie i tylko krąży sobie po sieci jako wyciek z sesji nagraniowej do owej płyty. Swoją własną wersje tej kompozycji przygotowała Sophie Elis Bextor i dopiero za jej sprawą stało się o nim głośno. Najlepiej o tym jaka jest ta piosenka powie chyba zdanie, że Kylie Minogue gdyby wyśpiewała ten utwór miałaby chyba dwukrotnie więcej zer na koncie.

Nr. 4 The Killers- Move Away
Piosenka napisana specjalnie na potrzeby soundtracku do filmu Spiker-Man 3 i na nim wydana, a poźniej jeszcze na składance Sawdust, która bez tej kompozycji powinna wylądować na śmietniku. Moim zdaniem ostatni godny uwagi kawałek nagrany przez tą formacje. To co w tej chwili sobą reprezentują graniczy bardzo blisko z Jonas Brothers. Mnie przykuła do tego kawałka świetna perkusja. Ronnie Vannucci jest naprawdę jednym z moich ulubionych perkusistów.

Nr. 5 The White Stripes- Black Jack Davey
Niemal trzystusetletnia ballada szkocka, zagrana przez Białe Paski z charakterystyczną im werwą. B-side z przełomowego dla TWS singla Seven Nation Army. Taki singiel z TAKIM utworem na swojej drugiej stronie MUSIAŁ odnieść sukces.

Nr. 6 Björk- Scary
Cudownie skomponowana piosenka, której główny urok tkwi w dźwiękach klawesynu. Jeden z lepszych w ogóle utworów Björk wydany jedynie na płycie z singlem Bachelorette. Niemiłosiernie słodka melodia kontrastująca z niemal przejmująco smutnym tekstem.

Nr. 7 Radiohead- Bishop’s Robes
Generalnie uwielbiam wszystkie piosenki Radiohead, więc gdy pierwszy raz usłyszałem tą nie byłem w ogóle zdziwiony, tymbardziej że pochodzi on z singla Street Spirit (Fade Out). Nie jest to może ich najlepszy b-side na pewno godny polecenia.

Nr. 8 Husky Rescue- New Light of Tomorrow (Bonobo Remix)
Przez samą sympatię do Bonobo warto zapoznać się z tym utworem. W niepoprawionej wersji i tak jest wystarczająco piękny, ale pan Simon Green wycisnął z tej kompozycji fińskiej grupy Husky Rescue jeszcze więcej. Remiks ten został umieszczony na albumie Remixes and Rarities ze zmienionymi wersjami piosenek formacji. (W tym miejscu nie moge sobie jednak pozwolić, żeby nie wtrącić jednego bardzo osobistego zdania. Ta piosenka kojarzy mi sie z jedną bardzo ważną dla mnie osobą i przedewszystkim dlatego tak ją lubie.) 

Nr. 9 Damien Rice- 9 Crimes (live at radio3fm)
Grana wyłącznie na gitarze akustycznej wersja tego utworu zarejestrowana na żywo. Bez wsparcia urzekającego głosu Lisy Hannigan wyłącznie solo Damien. Jednak brak drugiego wokalu zupełnie nie przeszkadza bo nadrabiane jest to cudownie załamującym się z przejęcia głosem Damiena.

Nr. 10 Kate Havnevik- Se Meg
Słuchając tej piosenki zawsze przypomina mi się Sigur Rós bo klimat jest bardzo podobny. Zaśpiewana po w jej języku ojczystym- norweskim piosenka stanowi wyjątek w anglojęzycznym dorobku Kate i można ją znaleźć jedynie na norweskiej wersji jej jak do tej pory jedynego albumu Melankton. Prawdziwa perełka wśród innych bardziej popowych kompozycji na tym wydawnictwie

Nr. 11 Porcupine Tree- Buying New Soul
Tym czym dla Led Zeppelin jest Stairway To Heaven tym dla Porcupine Tree jest ta piosenka. W pełnej niemal dziesięcio i pół minutowej wersji jest przejmująco epicką opowieścią idealną na jesienne wieczory. Jedna z moich ulubionych piosenek tej grupy, która znalazła się w pełnej wersji dopiero na krążku Recordings zawierającym „odpady” z wcześniejszych sesji nagraniowych.


P.S. Po napisaniu tego tekstu i zuploadowaniu już spakowanych piosenek zauważyłem pewien mój mały błąd. Piosenka Björk powinna mieć przypisany numer 6 natomiast ja przez pomyłkę nadałem jej numer 2. Na szczęscie ten błąd można łatwo naprawić.

Musical Oracle- My Music Vol. I (B-Sides and Outtakes)



  1. Muse- Can't Take My Eyes Off You- 3:31
  2. Röyksopp- Were You Ever Wanted- 5:37
  3. Róisín Murphy- Off and On- 3:30
  4. The Killers- Move Away- 3:50
  5. The White Stripes- Black Jack Davey- 5:06
  6. Björk- Scary- 2:39
  7. Radiohead- Bishop's Robes- 3:23
  8. Husky Rescue- New Light of Tomorrow (Bonobo Remix)- 5:20
  9. Damien Rice- 9 Crimes (live at radio3fm)- 3:00
  10. Kate Havnevik- Se meg- 5:11
  11. Porcupine Tree- Buying New Soul- 10:27

wtorek, 1 września 2009

Cytadela Zdobyta!

Teraz gdy już opadły emocje i strzepałem z siebie resztki kurzu mogę powiedzieć śmiało, że byłem na koncercie swojego życia. Radiohead udowodnili mi ze uwielbienie jakim ich darze nie jest w żadnym razie bezpodstawne. To jak się zaprezentowali tak naprawdę wymyka się wszelkim opisom, bo chociaż poszczególne emocje takie jak zachwyt czy euforia maja nazwy w naszym języku swoje nazwy to już mieszanka wszystkich odczuć, które przeżywałem na raz podczas każdej sekundy koncertu pozostaje ciągle nienazwana. Ten kolaż uczuć był na tyle osobliwy, że pozbawił mnie praktycznie przysłowiowych „ciar na plecach”. Podejrzewam ze mój system nerwowy był na tyle przeciążony odbieraniem bodźców i panowaniem nad tym żeby emocje nie rozsadziły mej cielesnej powłoki od środka, że po prostu nie był w stanie podołać wytworzeniu przyjemnego mrowienia w okolicy łopatek.

Trzeba wspomnieć na pewno jedno. Ten koncert to nie było teatralne przedstawienie. Nie było tu blichtru, konfetti sypiącego się tonami, sztucznych ogni, cekinów. Skromna, ale sugestywna oprawa wizualna jaką była udekorowana scena (czyli rzędy wysokich na kilkanaście metrów świecących różnobarwnie słupów wypełnionych diodami LED) tak naprawdę nie przyciągała w ogóle mojego wzroku. Nie potrzeba było wielkich telebimów (których i tak nie było za wiele, a z tego co zdążyłem zauważyć ludzie usytuowani w najdalszym sektorze musieli mocno wytężać wzrok aby cokolwiek nawet na telebimach zauważyć) muzyka w zupełności wystarczała. Nie jestem może audiofilem i ciężko mi jest oceniać jakość samego dźwięku, ale moim uszom wydało się, że fale generowane przez głośniki były wprost idealnie zestrojone dając piorunujące wrażenie. Mówiąc prostymi słowami nie miałem okazji uczestniczyć w lepiej nagłośnionym koncercie. 

Gdyby nawet wizja lub fonia zawiodła ten występ na pewno byłby równie udany. Wyczekiwanie na pojawienie się ponownie na polskiej ziemi Radiohead trwało długie piętnaście lat. Nie sprawiło to wcale, że fani zadowolili by się byle czym. Wręcz przeciwnie- wyostrzyło to ich apetyty i nadzieje na koncert dekady. Thom i reszta bez zastanowienia podnieśli tą rękawice oczekiwań rzuconą im w twarz i wyszli ze starcia z wygłodniałym tłumem w pełni zwycięsko zdobywając poznańską Cytadelę bez ani jednego wystrzału.

Nie mogli zagrać lepszej listy utworów. To po prostu byłoby technicznie niemożliwe, bo koncert musiałby trwać przeszło trzy godziny zamiast zaplanowanych dwóch. Można narzekać, że nie zagrali Knives Out, A Wolf At The Door, czy z jednego z mniej znanych, acz równie dobrych utworów jak choćby Peary*. Zagrali jednak Creep. Tą jedną piosenką zamknęli usta wszystkich malkontentów. Chociaż nawet ja sam cierpię nieco na przesyt tym utworem, a chłopaki z kapeli muszą go wprost nienawidzić, to zarówno ja jak i niemal wszyscy zebrani na koncercie ludzie gromkim chórem wyśpiewaliśmy cały tekst tej piosenki i każdy był wniebowzięty.

I dopiero teraz słuchając bootlegu z tego koncertu zaczynam wierzyć, że naprawdę byłem tam stojąc dziesięć metrów od sceny i patrząc na sceniczne wygibasy Thoma, bo to przeżycie w tamtej chwili wydawało mi się tak wspaniałe, że powątpiewałem w jego realność. Jako najbardziej banalne, ale i trafne podsumowanie tego koncertu nasuwa mi się parafraza jednego z tekstów Radiogłowych- „Everything was in a Right Place”. Było tak jak miało być.

RA D IOHEA_D @ POZnan* dla Ziemi (Part 1)

RA D IOHEA_D @ POZnan* dla Ziemi (Part 2)

  1. Intro - 1:07
  2. 15 Step- 4:50
  3. There There- 5:52
  4. Weird Fishes/Arpeggi- 5:41
  5. All I Need - 4:09
  6. Optimistic - 4:35
  7. 2+2=5 -3:34
  8. Street Spirit (Fade Out) - 4:33
  9. The Gloaming - 4:09
  10. Myxomatosis - 4:24
  11. Paranoid Android - 6:42
  12. Nude - 4:21
  13. Videotape - 5:14
  14. Karma Police - 5:56
  15. Bangers + Mash - 3:50
  16. Bodysnatchers - 4:19
  17. Idioteque - 5:18
  18. Everything in Its Right Place - 6:12
  19. You and Whose Army? - 3:49
  20. These Are My Twisted Words - 5:55
  21. Jigsaw Falling into Place - 4:35
  22. I Might Be Wrong - 4:39
  23. The National Anthem - 5:41
  24. Reckoner - 5:05
  25. Lucky - 4:55
  26. Creep - 4:19

piątek, 21 sierpnia 2009

"Cebula ma warstwy..."

Dubstep do niedawna był dla mnie pojęciem niemal zupełnie nieznanym. Właściwie po paru miesiącach obcowania z tym gatunkiem muzycznym i tak dużo o nim nie potrafię powiedzieć. Wynika to pewnie trochę z faktu, że tak naprawdę ciągle się on rozwija i jeszcze nie wykrystalizował w pełni swojego jednorodnego brzmienia. Każdy wykonawca grający tą muzykę, którego do tej pory miałem okazję posłuchać różni się generalnie od siebie i moim zdaniem ciężko jest znaleźć między nimi wiele cech wspólnych. W śród tych artystów na moje głębokie uznanie zasłużył szczególnie jeden- Burial. Choć początki mojej znajomości z tym panem i jego płytą Untrue były dość trudne to jednak w końcu przełamałem lody i zapałałem do niego uwielbieniem.

Najtrafniejszym opisem tej muzyki wydaje mi się parafraza znanego cytatu z filmu Shrek: „Burial jest jak cebula. Cebula ma warstwy i Burial ma warstwy”. O co chodzi? A no o to, że po pierwszych paru przesłuchaniach płyty sądziłem, że każdy utwór brzmi na niej tak samo. Nie chodziło wyłącznie o klimat, tonacje, podobny rytm. Chodziło jak najbardziej o „całość”. Po za różnicami w tekście każdy kawałek był dla mnie kalką poprzedniego. Jednak uznałem, że jest jeden który był swoistą matrycą dla wszystkich kolejnych, mowa o Archangel- numerze dwa na tej płycie. W każdym razie po zajrzeniu parę warstw głębiej można dostrzec niuanse, które sprawiają, że z pozoru identyczne piosenki tak naprawdę różnią się od siebie.

Tak czy owak ciężko jest opisywać pojedyncze kompozycje na tym wydawnictwie, ponieważ jest to jeden z tych albumów, który jak najbardziej trzeba traktować jako całość. Przez cały czas gdy słucha się Untrue nie dostrzega się właściwie przerw między piosenkami. Nie dlatego, że są ze sobą połączone melodią, ale ponieważ Burial komponując je uzyskał efekt płynnie przechodzącego i ewoluującego rytmu złożonego ze zbliżonych do siebie brzmieniem dźwięków. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że płyta odtwarzana na głośnikach czy na słuchawkach zawsze brzmi jakby to sąsiad z mieszkania obok słuchał muzyki a nie my sami. To zabieg jak najbardziej zamierzony i sprawiający niezwykle ciekawe doznania. Uzyskano to przez zastosowanie brzmiących gdzieś w tle różnych szmerów, trzasków, szelestów, zgrzytów do których czasami ciężko się jest dokopać rodzi to skojarzenia z takimi gatunkami jak ambient czy glitch. Ponad to wokale zmiksowane na najdziwniejsze sposoby stają się uzupełniać jakiekolwiek luki jakie mogły by powstać stając się tym samym swoistą fugą spajającą poszczególne elementy.

Każdy element tu do siebie idealnie pasuje budując mroczny i tajemniczy klimat, który mi łudząco przypomina atmosferę panujący na albumie Mezzanine nagranym przez Massive Attack. Właściwie można powiedzieć, że słuchanie tego albumu za dnia mija się z celem, bo tylko nocą można odkryć pełnie jego brzmienia, kiedy to nagle każdy cień w pobliżu zdaje się drżeć do rytmu i budować nastrój. Nie jest to jednak płyta depresyjna, więc nie trzeba się obawiać, że jej słuchanie zepsuje humor.

Tak czy owak to poznanie tej płyty jest obowiązkiem każdego kto chce być na bieżąco z aktualnymi trendami bo scena dubstepowa w UK rozrasta się z dnia na dzień, a w Polsce coraz wyraźniej zaczyna kiełkować i wedle wszelkich prognoz w niedalekiej przyszłości ten nurt osiągnie bardzo dużą popularność na jeszcze szerszą skale niż do tej pory.


  1. "(untitled)" - 0:46
  2. "Archangel" - 3:58 
  3. "Near Dark" - 3:54
  4. "Ghost Hardware" - 4:53
  5. "Endorphin" - 2:57
  6. "Etched Headplate" - 5:59
  7. "In McDonalds" - 2:07
  8. "Untrue" - 6:16
  9. "Shell of Light" - 4:40
  10. "Dog Shelter" - 2:59
  11. "Homeless" - 5:20
  12. "UK" - 1:40
  13. "Raver" - 4:59

sobota, 15 sierpnia 2009

Kolejka górska...

Przyznając się szczerze to znam tego artystę od przeszło miesiąca, ale zdążył on już od tego czasu wywrzeć na mnie kolosalne wrażenie i stał się dla mnie kimś równie ważnym w moim muzycznym świecie jak Amon Tobin. Eklektyzm muzyki przez niego nagrywanej jest iście przytłaczający, a ogrom tego zjawiska można usłyszeć na najnowszej płycie. Mowa o Chrisie Clarku i jego zamykającym trylogię albumie Totems Flare, w której skład oprócz niego wchodzą również longplaye Body Riddle (2006) i Turning Dragon (2008) . Śmiało mogę powiedzieć ze moim skromnym zdaniem jest to pretendent do tytułu płyty roku.

Łatwość z jaką została połączona chwytliwość melodii i zaskakującymi zmianami klimatu jest godna podziwu. Przez ani sekundę na tym trwającym czterdzieści pięć minut krążku nie można zaznać uczucia nudy. Zadbały o to czyhające za każdym rogiem majestatyczne i brzmiące złowróżbnie syntezatory czasami balansujące na granicy kakofonii. Nie są one jednak na tyle przerażające, aby zniechęcić słuchacza do kolejnego odsłuchania. Daje to wszystko efekt jakby jechało się na kolejce górskiej. Po chwilach powolnego wznoszenia się następuje nieoczekiwana seria zakrętów, beczek, pikowania w dół powodującego mdłości, ale serwowany jednocześnie przy tym zastrzyk adrenaliny powoduje znakomite samopoczucie. I choć za pierwszym razem ma się ochotę zatrzymać wagoniki kolejki to po skończonej jeździe ma się pragnienie przeżycia tego po raz kolejny. Nie słychać tu jednak jedynie syntezatorów. Pojawiają się również i panino (na zakończenie Totem Crackjacker) oraz gitara akustyczna (Absence)

Pomijając emocjonalne przeżycia wywoływane przez muzykę to każdy esteta-audiofil będzie zachwycony poziomem w jakim krążek został wyprodukowany przez samego Clarka. Co więcej jest on również autorem tekstów i ich wykonawcą na płycie. I choć jego głos jest poddany starannej komputerowej obróbce co nadaje mu nieskończoną ilość brzmień. Pojęcie Intelligent Dance Music dzięki takim kompozycją jak Growls Garden, Rainbow Voodoo czy Future Daniel zyskuje całkiem nową definicje. Zdezorientowany słuchacz ma problemy z określeniem czy te kawałki mają w sobie więcej inteligencji czy więcej taneczności. Wszystko hipnotyzuje, uwodzi, otumania, wstrząsa i przysparza o gęsią skórkę. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest zamykające płytę akustyczne Absence stanowiące swoisty hamulec bezpieczeństwa przed przeciążeniem receptorów słuchowych.

Warp Records jak potocznie wiadomo jest wyznacznikiem bardzo wygórowanych standardów muzycznych, a póki za sprawą tej wytwórni będą ukazywały się ciągle albumy takie jak Totems Flare to opinia ta będzie żyła jeszcze długo.

  1. Outside Plume - 4:21
  2. Growls Garden - 4:59
  3. Rainbow Voodoo - 4:36
  4. Look Into The Heart Now - 4:02
  5. Luxman Furs - 4:08
  6. Totem Crackerjack - 5:21
  7. Future Daniel - 4:09
  8. Primary Balloon Landing - 1:17
  9. Talis - 3:07
  10. Suns Of Temper - 5:40
  11. Absence - 3:10

czwartek, 6 sierpnia 2009

Kamp!

Środowe południe przeszło miesiąc temu. Ja jeszcze ciągle zmęczony po cotygodniowym meczu w piłkę nożną który odbył się dzień wcześniej musze bawić się drucikami i przygotowywać zbrojenie pod nowobudowane schody do tylnego wejścia w moim domu. Aby umilić sobie to niewdzięczne i nużące zajęcie stawiam obok siebie radio nastrojone na Polskie Radio Euro. Muzyka, która wydobywa się z głośników zaspokaja nawet moje pokręcone gusta muzyczne. A to sobie poskacze do Blur i ich szlagier Song 2, a to ponucę najnowszy singiel La Roux- Bulletproof. Lecz w pewnym momencie słyszę utwór którego nie poznaje, mam w końcu do tego prawo bo poprzedzony zostaje on jinglem „nowość w Polskim Radiu Euro”- znaczy, że świeżynka . Piosenka zaczyna się bardzo przyjemnie i przypomina mi swoistą fuzje Friendly Fires i Daft Punk.

Oczywiście nie podają jej tytułu udaje mi się zapamiętać tylko, krótką frazę tekstu, która jak się później okazuje gdy już siedzę przed komputerem i próbuje odnaleźć tytuł tej piosenki dzięki niej została źle przeze mnie zapamiętana. Moja frustracja sięga zenitu. Czyzbym był już skazany na to, że nigdy nie poznam jej nazwy? Wtem nagle doznaje olśnienia i przypominam sobie ze na stronie owej stacji w charakterystycznym żółtym pasku na dole można dowiedzieć się co w danym tygodniu jest akurat nowością. Tak więc czym prędzej wybieram z zakładek w mojej przeglądarce internetowej adres tej strony i wpatruje się jak zaklęty w zmieniający się tekst żółtego paska. Moja niezłomność zostaje wreszcie wynagrodzona. Teraz już wiem, że ta piosenka to singiel grupy Kamp! pod tytułem Breaking a Ghost's Hart. Czytając tą nazwę doznaje pewnej retrospekcji. W moich szarych komórkach zaczyna rodzić się przekonanie, że nazwa ta nie jest mi obca. I potwierdza się to wkrótce, bo zespół to młoda obiecująca polska grupa którą poznałem nieco za sprawą małego wywiadu z nimi zamieszczonego na portalu nowamuzyka.pl .

Zaczynam powoli niedowierzać jednak, że tak chwytliwą i porządnie zaaranżowaną piosenkę była w stanie nagrać polska grupa. Jednak to prawda. Co więcej cieszę się jak dziecko bo okazuję się, że to nie będzie koniec mojej przygody z nimi, ponieważ na Openerze będę miał okazję obcować bezpośrednio z nimi, a to za sprawą faktu, że dadzą oni tam koncert. Do tego dowiaduję się, że ich utwory są dostępne w sieci całkowicie legalnie i za darmo poprzez założony przez członków zespołu netlabel.
Wiec co mogę powiedzieć o tym zespole patrząc z perspektywy czasu na koncert jakiego byłem świadkiem. Wprawdzie nie spodziewałem się rewelacji i żadnej rewelacji nie otrzymałem w gruncie rzeczy. Do najdłuższych nie należał bo i dużą ilością materiału nie dysponują. Nie zawiodłem się. Występ był bardzo przyzwoity i choć można było zauważyć, że w każdej możliwej przerwie członkowie konsultowali się ze sobą w celu ustalenia brzmienia kolejnego utworu to jednak ich żywiołowość i to, że gołym okiem było widać, że czują się po prostu speszeni grając przed tak dużą publiką niwelowało wszelkie złe wrażenia. Tak czy owak mam nadzieje, że zespół będzie się rozwijał dalej w tak zastraszającym tempie jak do tej pory nie byle by nie odbiło się to na jakośći muzyki, którą prezentują.

sobota, 1 sierpnia 2009

Długi czas zajęło mi dochodzenie do siebie po Openerze abym znów mógł znaleźć nieco odwagi i determinacji która mógłbym poświęcić aby cokolwiek nowego napisać. Szczerze mówiąc nie mam w ogóle ochoty pisać o muzyce. Nie poznałem przez ten cały czas niczego co by wywróciło mój świat do góry nogami wiec nie wydaje mi się żeby to o czym chce napisać było tego „godne”. Za to chętnie przelałbym na ciąg zer i jedynek (pisze na komputerze w końcu) swoisty manifest lub jakkolwiek by tego nie nazwać. Wszystko przez to ze jestem świeżo po lekturze „Jak pisać. Pamiętnik Rzemieślnika” Stephena Kinga. Sprawiło to ze w moim mózgu wielki przełącznik z napisem „słowotok” został przestawiony na pozycje „ON” a obok niego zapaliła się zielona dioda potwierdzająca skuteczność jego działania. Pisząc to wszystko i czytając czuje się nieco w skórze Kinga. Jestem święcie przekonany ze gdyby przyrzec się dokładniej pisze w sposób zbliżony do niego. Z jednej strony jest tak dlatego bo po prostu tego chce, z drugiej natomiast jestem przeładowany informacjami o nim i o jego życiu. Nie wspominając o przeciążeniu bodźcami dostarczanymi mi na co dzień przez mój mozg. Nieskończenie wiele myśli kłębi się właśnie w mojej głowie i walczy ze sobą.

Wszystko co napisałem teraz wydaje mi się być lekko pozbawione sensu, ale musze to zrobić. Musze spuścić parę z mojego kotła świadomości bo inaczej on eksploduje w podobny sposób jak kocioł, który wybuchł niszcząc hotel Panorama (no proszę kto by się spodziewał odwołania do jakiejś powieści Kinga- no na pewno nie ja). Z każdym znakiem, który pojawia się na ekranie mojego monitora ciśnienie wolno maleje (nawet oczami wyobraźni widzę wielki wskaźnik z ciśnieniem wyrażonym nie w hektopaskalach tylko w PSI (funtach na cal kwadratowy- jednostka będąca dla mnie tak naprawdę czystą abstrakcją). Taki manometr na pewno był umieszczony w tym kotle Panoramy jestem tego pewien. A wskazówka tego mojego powoli ale z uporem przesuwa się z czerwonego pola na bezpieczną wartość.

Tak, teraz jestem gotów to powiedzieć napisałem to wszystko dla siebie. Choć to zapewne jedynie wierzchołek góry lodowej moich spiętrzonych myśli chcących ujrzeć światło dzienne i ta przeklęta wskazówka niedługo znowu zawędruje na skali w okolice oznaczone głęboką ostrzegawczą czerwienią. Tyle, że mam nadzieje iż następnym razem uda mi się rury odprowadzające tą parę poskręcać w taki sposób, aby jej strumień mógł trafić na wielkie koło parowe napędzające silnik odpowiedzialny za zasilanie ustrojstwa kryjącego w moim mózgu pod nazwą „muzyka”. Jeśli się tak stanie to na pewno napisze cos o wiele bardziej składnego.

czwartek, 11 czerwca 2009

"Rodzinna Galaktyka pewnego kosmity..."

W pewnej galaktyce na samych granicach tej znanej ludzkości części wszechświata wykształciła się pewna forma życia. Stwór ten posiada dość niespotykane połączenie różnych kierunków wykształcenia. Legitymuje się dyplomem z filozofii jak i z gry na skrzypcach. Na ziemi rezyduje jako Tim Exile, zaś jego prawdziwa tożsamość to Tim Show (choć tak na prawdę uwzględniając jego kosmiczne pochodzenie nie mam pewności który z tych podpisów jest prawdziwszy). O jego pozaziemskim drzewie genealogicznym świadczy muzyka jaką tworzy i dzieli się nią z nami- Ziemianami.

Dość powiedzieć ze jakieś dwa tygodnie temu odkryłem jego wciąż jeszcze dość świeżą (wydaną przeszło trzy miesiące temu) płytę Listening Tree, którą przypieczętował kontrakt podpisany z legendarną wytwórnią Warp Records dla której nagrywają takie sławy jak Aphex Twin czy Boards of Canada. Jest to już jego trzeci w dorobku artystycznym longplay, ale poprzednich nie dane mi było jeszcze zaznać więc nie mogę powiedzieć czy poziom przez niego reprezentowany jest utrzymywany.

Przesłuchałem album już kilkunastokrotnie od kiedy tylko się o nim dowiedziałem i jakoś nie jestem w stanie oprzeć się jego klimatowi. Większość kompozycji przypomina mi trochę styl Depeche Mode (choć przyznaje bez bicia ze z ich dorobkiem jestem bardzo słabo zaznajomiony), a to głównie przez zaśpiew czasami łudząco podobny do sposobu w jaki robi to Dave Gahan. Dziesięć utworów, które można usłyszeć stanowi dość eklektyczną mieszankę. Nie tylko różniąc się pomiędzy sobą, ale również zmieniając swój własny charakter z każdą upływającą sekundą. Najlepszym chyba odzwierciedleniem tego prawie schizofrenicznego stylu jest Family Galaxy, które z początku wydaję się miłym chill-outowym kawałkiem z delikatnym syntezatorem w tle by nagle niespodziewanie nabrać takiego tempa i charakteru który ociera się o drum ‘n bass. Wytchnienia nie daje też następna pozycja Fortress, które moim zdaniem ma jedną z najlepszych partii syntezatorów jakie słyszałem (przywodzą mi na myśl ścieżkę dźwiękową z gry Deus Ex, która jest po prostu elektronicznym cymesem-zarówno gra jak i sama jej oprawa muzyczna). Nie mniejszą perełką jest tytułowa piosenka- przepełniona swoistym patetyzmem, tym bardziej, że refren nagrano w sposób, który daje złudzenie, że jest on śpiewany przez cały batalion Timów przydzielony do swoistego odpowiednika Chóru Armii Czerwonej. Każdy kawałek domaga się właściwie własnego opisu, lecz na nic zdają się słowa gdy przychodzi do przedstawienia takiej fali dźwięków. Kto jednak przeraża się tym miszmaszem powinien się uspokoić bo wbrew wszelkim pozorom to ostatecznie całość ma dość przystępny, żeby nie powiedzieć lekko popowy charakter.

Tak więc chyba ten kosmita dzięki swojemu Drzewu zapuścił dość głębokie korzenie w mojej muzycznej świadomości i stał się prawdę powiedziawszy póki co chyba jednym z największych moich odkryć tego roku. Jego niebanalność urzeka w jakiś metafizyczny sposób, ale nie jest na tyle przytłaczająca żeby musieć się do niego długo przekonywać. Mam nadzieję, że nie prędko wróci do swojej rodzinnej galaktyki, bo jeśli będzie dalej tworzył coś na miarę Listening Tree to jest on przeze mnie bardzo mile widziany wśród populacji tej planety.


Tim Exile- Listening Tree (2009)

  1. Dont Think Were One 4:57
  2. Family Galaxy 5:05
  3. Fortress 6:09
  4. Theres Nothing Left Of Me But Her And This 4:35
  5. Pay Tomorrow 4:08
  6. Bad Dust 4:50
  7. Carouselle 3:27
  8. When Every Days A Number 6:09
  9. Listening Tree 5:21
  10. I Saw The Weak Hand Fall 5:36