Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electronic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electronic. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 listopada 2009

"W poszukiwaniu El Dorado..."

Fiński muzyk Sasu Ripatti znany mi jest nie od dziś, zarówno pod pseudonimem Luomo, którym podpisuje swoje bardziej klubowe aranżacje jak i pod aliasem Vladislav Delay odpowiadającym za  ambientową i minimalistyczną część jego twórczości. Ponadto znany jest również jako Uusitalo, Conoco i Sistol.  Rozległość gatunków, z którymi fin flirtuje przyprawia o prawdziwy zawrót głowy. Jego muzyka różni się stylistycznie nie tylko w zależności od pseudonimu pod którym wydaje, ale w obrębię każdego z jego alter-ego można również dostrzec  zmiany jakie zachodzą z płyty na płytę (jego eklektyzm najlepiej chyba wyraża fakt, że jako człowiek który zaczynał muzykowanie od gry na perkusji w zespole jazzowym teraz tworzy szeroko postrzeganą elektronikę).

Nie tak dawno miała miejsce premiera jego najnowszego albumu Tummaa wydanego pod szyldem Vladislav Delay. Jest to krążek, na którym Sasu przekracza kolejne granice. Jego muzyka z ram glitchu i ambientu przenosi się w tereny czysto eksperymentalne. Przy czym frywolność tych dźwięków nie jest na tyle pretensjonalna, aby mogła odstraszać potencjalnego słuchacza. Trzeba jednocześnie wyraźnie zaznaczyć, że jeśli ktoś jest przyzwyczajony do dominującej formuły 3-4 minutowych utworów będzie się strasznie nudził bo średni czas trwania kompozycji na płycie wynosi przeszło 8 minut.  Oprócz  dźwięków generowanych przez syntezatory, obecne są na albumie również żywe instrumenty: fortepian, klarnet, saksofon i perkusja, za którą zasiada sam Władek (jak widać skład jednoznacznie kojarzący się z jazzowym rodowodem).

Płyta zdaje się być podzielona na dwie części. Pierwsze 3 utwory to te opierające się głównie na improwizacji, może lekko chaotyczne. Przesycone niezrównaną ilością bardzo inwazyjnych dźwięków. W tym szaleństwie jest jednak metoda, bo to co następuje potem jest prawdziwym ukojeniem. I nie mam na myśli tu tego, że  jakkolwiek początek jest irytujący lub niestrawny, po prostu najbardziej awangardowy.  Przełomowa pozycja to najkrótszy na płycie utwór Musta Planeetta, który jest chyba najspokojniejszy, ale zaraz za nim czai się iście transowe Toive z miarowym i marszowym rytmem, który powoli ewoluuje by w końcu przerodzić się w dziką (jak na standardy płyty) ferie dźwięków. Tytułowy utwór jest za to chyba najbardziej harmoniczny i dopracowany gdyby nie ingerujące w jego melodię różnorakie perkusjonalia mógłby być muzyką relaksacyjną. Ostatnia scieżka- Tunnelivisio jest bardzo tożsama  z jazzem w jego najbardziej awangardowej formie, krótkie fortepianowe wstawki uzupełnione linią basu imitującą poniekąd kontrabas, a do tego wplecione oczywiście różne elektroniczne przeszkadzacze.

Płyta ta na pewno nie należy do łatwych w odbiorze o ile nie obcowało się wcześniej z ambientem. Co i tak nie daje gwarancji na zrozumienie przez swoją drugą, czysto eksperymentalną stronę. Trzeba przedzierać się przez dżunglę jego dźwięków, żeby dotrzeć do tego co w nim najlepsze, zupełnie jak konkwistadorzy przeszukujący lasy Ameryki Południowej w poszukiwaniu El Dorado. Jednocześnie rytm który wypełnia wszystkie kompozycje, choć nie zawsze można go dosłyszeć ,to jednak jest mocno wyczuwalny. Sprawia, że człowiek wpada w swoistą hipnozę i daje się uwieść dźwiękom aranżowanym przez Vladislava. Ten dziwny dualizm formy jest szalenie intrygujący i nawet jeśli płyta sama w sobie nie przypadnie komuś do gustu, warto po nią sięgnąć z czystej ciekawości, by poza nieco trudnym do przyswojenia kształtem móc się zachwycić mrocznym klimatem fińskiej nocy polarnej rozświetlonej przez wielobarwną zorzę równie zmienną i w pewien sposób nieprzewidywalną co kompozycje Vladka co stanowi jednak największe piękno.

Sasu Ripatii udowadnia tym albumem, że jest muzykiem absolutnym, a jego kompozycje przypominają śnieg , który z daleka jest jedynie rażącą białością, ale gdy mu się przyjrzeć bliżej z perspektywy każdego pojedynczego płatka, misterna sieć krystalicznych struktur zachwyca swoją złożonością i pięknem. Cały ten zachwyt sprawia, że śmiało mogę powiedzieć, iż dla mnie jest to zdecydowanie jedna z najlepszych płyt tego roku.


Vladislav Delay- Tummaa (2009)


  1. Melankolia- 10:58
  2. Kuula (Kiitos)- 09:02
  3. Mustelmia- 08:13
  4. Musta Planeetta- 05:11
  5. Toive- 11:09
  6. Tummaa- 10:19
  7. Tunnelivisio- 11:16

piątek, 21 sierpnia 2009

"Cebula ma warstwy..."

Dubstep do niedawna był dla mnie pojęciem niemal zupełnie nieznanym. Właściwie po paru miesiącach obcowania z tym gatunkiem muzycznym i tak dużo o nim nie potrafię powiedzieć. Wynika to pewnie trochę z faktu, że tak naprawdę ciągle się on rozwija i jeszcze nie wykrystalizował w pełni swojego jednorodnego brzmienia. Każdy wykonawca grający tą muzykę, którego do tej pory miałem okazję posłuchać różni się generalnie od siebie i moim zdaniem ciężko jest znaleźć między nimi wiele cech wspólnych. W śród tych artystów na moje głębokie uznanie zasłużył szczególnie jeden- Burial. Choć początki mojej znajomości z tym panem i jego płytą Untrue były dość trudne to jednak w końcu przełamałem lody i zapałałem do niego uwielbieniem.

Najtrafniejszym opisem tej muzyki wydaje mi się parafraza znanego cytatu z filmu Shrek: „Burial jest jak cebula. Cebula ma warstwy i Burial ma warstwy”. O co chodzi? A no o to, że po pierwszych paru przesłuchaniach płyty sądziłem, że każdy utwór brzmi na niej tak samo. Nie chodziło wyłącznie o klimat, tonacje, podobny rytm. Chodziło jak najbardziej o „całość”. Po za różnicami w tekście każdy kawałek był dla mnie kalką poprzedniego. Jednak uznałem, że jest jeden który był swoistą matrycą dla wszystkich kolejnych, mowa o Archangel- numerze dwa na tej płycie. W każdym razie po zajrzeniu parę warstw głębiej można dostrzec niuanse, które sprawiają, że z pozoru identyczne piosenki tak naprawdę różnią się od siebie.

Tak czy owak ciężko jest opisywać pojedyncze kompozycje na tym wydawnictwie, ponieważ jest to jeden z tych albumów, który jak najbardziej trzeba traktować jako całość. Przez cały czas gdy słucha się Untrue nie dostrzega się właściwie przerw między piosenkami. Nie dlatego, że są ze sobą połączone melodią, ale ponieważ Burial komponując je uzyskał efekt płynnie przechodzącego i ewoluującego rytmu złożonego ze zbliżonych do siebie brzmieniem dźwięków. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że płyta odtwarzana na głośnikach czy na słuchawkach zawsze brzmi jakby to sąsiad z mieszkania obok słuchał muzyki a nie my sami. To zabieg jak najbardziej zamierzony i sprawiający niezwykle ciekawe doznania. Uzyskano to przez zastosowanie brzmiących gdzieś w tle różnych szmerów, trzasków, szelestów, zgrzytów do których czasami ciężko się jest dokopać rodzi to skojarzenia z takimi gatunkami jak ambient czy glitch. Ponad to wokale zmiksowane na najdziwniejsze sposoby stają się uzupełniać jakiekolwiek luki jakie mogły by powstać stając się tym samym swoistą fugą spajającą poszczególne elementy.

Każdy element tu do siebie idealnie pasuje budując mroczny i tajemniczy klimat, który mi łudząco przypomina atmosferę panujący na albumie Mezzanine nagranym przez Massive Attack. Właściwie można powiedzieć, że słuchanie tego albumu za dnia mija się z celem, bo tylko nocą można odkryć pełnie jego brzmienia, kiedy to nagle każdy cień w pobliżu zdaje się drżeć do rytmu i budować nastrój. Nie jest to jednak płyta depresyjna, więc nie trzeba się obawiać, że jej słuchanie zepsuje humor.

Tak czy owak to poznanie tej płyty jest obowiązkiem każdego kto chce być na bieżąco z aktualnymi trendami bo scena dubstepowa w UK rozrasta się z dnia na dzień, a w Polsce coraz wyraźniej zaczyna kiełkować i wedle wszelkich prognoz w niedalekiej przyszłości ten nurt osiągnie bardzo dużą popularność na jeszcze szerszą skale niż do tej pory.


  1. "(untitled)" - 0:46
  2. "Archangel" - 3:58 
  3. "Near Dark" - 3:54
  4. "Ghost Hardware" - 4:53
  5. "Endorphin" - 2:57
  6. "Etched Headplate" - 5:59
  7. "In McDonalds" - 2:07
  8. "Untrue" - 6:16
  9. "Shell of Light" - 4:40
  10. "Dog Shelter" - 2:59
  11. "Homeless" - 5:20
  12. "UK" - 1:40
  13. "Raver" - 4:59

sobota, 15 sierpnia 2009

Kolejka górska...

Przyznając się szczerze to znam tego artystę od przeszło miesiąca, ale zdążył on już od tego czasu wywrzeć na mnie kolosalne wrażenie i stał się dla mnie kimś równie ważnym w moim muzycznym świecie jak Amon Tobin. Eklektyzm muzyki przez niego nagrywanej jest iście przytłaczający, a ogrom tego zjawiska można usłyszeć na najnowszej płycie. Mowa o Chrisie Clarku i jego zamykającym trylogię albumie Totems Flare, w której skład oprócz niego wchodzą również longplaye Body Riddle (2006) i Turning Dragon (2008) . Śmiało mogę powiedzieć ze moim skromnym zdaniem jest to pretendent do tytułu płyty roku.

Łatwość z jaką została połączona chwytliwość melodii i zaskakującymi zmianami klimatu jest godna podziwu. Przez ani sekundę na tym trwającym czterdzieści pięć minut krążku nie można zaznać uczucia nudy. Zadbały o to czyhające za każdym rogiem majestatyczne i brzmiące złowróżbnie syntezatory czasami balansujące na granicy kakofonii. Nie są one jednak na tyle przerażające, aby zniechęcić słuchacza do kolejnego odsłuchania. Daje to wszystko efekt jakby jechało się na kolejce górskiej. Po chwilach powolnego wznoszenia się następuje nieoczekiwana seria zakrętów, beczek, pikowania w dół powodującego mdłości, ale serwowany jednocześnie przy tym zastrzyk adrenaliny powoduje znakomite samopoczucie. I choć za pierwszym razem ma się ochotę zatrzymać wagoniki kolejki to po skończonej jeździe ma się pragnienie przeżycia tego po raz kolejny. Nie słychać tu jednak jedynie syntezatorów. Pojawiają się również i panino (na zakończenie Totem Crackjacker) oraz gitara akustyczna (Absence)

Pomijając emocjonalne przeżycia wywoływane przez muzykę to każdy esteta-audiofil będzie zachwycony poziomem w jakim krążek został wyprodukowany przez samego Clarka. Co więcej jest on również autorem tekstów i ich wykonawcą na płycie. I choć jego głos jest poddany starannej komputerowej obróbce co nadaje mu nieskończoną ilość brzmień. Pojęcie Intelligent Dance Music dzięki takim kompozycją jak Growls Garden, Rainbow Voodoo czy Future Daniel zyskuje całkiem nową definicje. Zdezorientowany słuchacz ma problemy z określeniem czy te kawałki mają w sobie więcej inteligencji czy więcej taneczności. Wszystko hipnotyzuje, uwodzi, otumania, wstrząsa i przysparza o gęsią skórkę. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest zamykające płytę akustyczne Absence stanowiące swoisty hamulec bezpieczeństwa przed przeciążeniem receptorów słuchowych.

Warp Records jak potocznie wiadomo jest wyznacznikiem bardzo wygórowanych standardów muzycznych, a póki za sprawą tej wytwórni będą ukazywały się ciągle albumy takie jak Totems Flare to opinia ta będzie żyła jeszcze długo.

  1. Outside Plume - 4:21
  2. Growls Garden - 4:59
  3. Rainbow Voodoo - 4:36
  4. Look Into The Heart Now - 4:02
  5. Luxman Furs - 4:08
  6. Totem Crackerjack - 5:21
  7. Future Daniel - 4:09
  8. Primary Balloon Landing - 1:17
  9. Talis - 3:07
  10. Suns Of Temper - 5:40
  11. Absence - 3:10

czwartek, 6 sierpnia 2009

Kamp!

Środowe południe przeszło miesiąc temu. Ja jeszcze ciągle zmęczony po cotygodniowym meczu w piłkę nożną który odbył się dzień wcześniej musze bawić się drucikami i przygotowywać zbrojenie pod nowobudowane schody do tylnego wejścia w moim domu. Aby umilić sobie to niewdzięczne i nużące zajęcie stawiam obok siebie radio nastrojone na Polskie Radio Euro. Muzyka, która wydobywa się z głośników zaspokaja nawet moje pokręcone gusta muzyczne. A to sobie poskacze do Blur i ich szlagier Song 2, a to ponucę najnowszy singiel La Roux- Bulletproof. Lecz w pewnym momencie słyszę utwór którego nie poznaje, mam w końcu do tego prawo bo poprzedzony zostaje on jinglem „nowość w Polskim Radiu Euro”- znaczy, że świeżynka . Piosenka zaczyna się bardzo przyjemnie i przypomina mi swoistą fuzje Friendly Fires i Daft Punk.

Oczywiście nie podają jej tytułu udaje mi się zapamiętać tylko, krótką frazę tekstu, która jak się później okazuje gdy już siedzę przed komputerem i próbuje odnaleźć tytuł tej piosenki dzięki niej została źle przeze mnie zapamiętana. Moja frustracja sięga zenitu. Czyzbym był już skazany na to, że nigdy nie poznam jej nazwy? Wtem nagle doznaje olśnienia i przypominam sobie ze na stronie owej stacji w charakterystycznym żółtym pasku na dole można dowiedzieć się co w danym tygodniu jest akurat nowością. Tak więc czym prędzej wybieram z zakładek w mojej przeglądarce internetowej adres tej strony i wpatruje się jak zaklęty w zmieniający się tekst żółtego paska. Moja niezłomność zostaje wreszcie wynagrodzona. Teraz już wiem, że ta piosenka to singiel grupy Kamp! pod tytułem Breaking a Ghost's Hart. Czytając tą nazwę doznaje pewnej retrospekcji. W moich szarych komórkach zaczyna rodzić się przekonanie, że nazwa ta nie jest mi obca. I potwierdza się to wkrótce, bo zespół to młoda obiecująca polska grupa którą poznałem nieco za sprawą małego wywiadu z nimi zamieszczonego na portalu nowamuzyka.pl .

Zaczynam powoli niedowierzać jednak, że tak chwytliwą i porządnie zaaranżowaną piosenkę była w stanie nagrać polska grupa. Jednak to prawda. Co więcej cieszę się jak dziecko bo okazuję się, że to nie będzie koniec mojej przygody z nimi, ponieważ na Openerze będę miał okazję obcować bezpośrednio z nimi, a to za sprawą faktu, że dadzą oni tam koncert. Do tego dowiaduję się, że ich utwory są dostępne w sieci całkowicie legalnie i za darmo poprzez założony przez członków zespołu netlabel.
Wiec co mogę powiedzieć o tym zespole patrząc z perspektywy czasu na koncert jakiego byłem świadkiem. Wprawdzie nie spodziewałem się rewelacji i żadnej rewelacji nie otrzymałem w gruncie rzeczy. Do najdłuższych nie należał bo i dużą ilością materiału nie dysponują. Nie zawiodłem się. Występ był bardzo przyzwoity i choć można było zauważyć, że w każdej możliwej przerwie członkowie konsultowali się ze sobą w celu ustalenia brzmienia kolejnego utworu to jednak ich żywiołowość i to, że gołym okiem było widać, że czują się po prostu speszeni grając przed tak dużą publiką niwelowało wszelkie złe wrażenia. Tak czy owak mam nadzieje, że zespół będzie się rozwijał dalej w tak zastraszającym tempie jak do tej pory nie byle by nie odbiło się to na jakośći muzyki, którą prezentują.

czwartek, 11 czerwca 2009

"Rodzinna Galaktyka pewnego kosmity..."

W pewnej galaktyce na samych granicach tej znanej ludzkości części wszechświata wykształciła się pewna forma życia. Stwór ten posiada dość niespotykane połączenie różnych kierunków wykształcenia. Legitymuje się dyplomem z filozofii jak i z gry na skrzypcach. Na ziemi rezyduje jako Tim Exile, zaś jego prawdziwa tożsamość to Tim Show (choć tak na prawdę uwzględniając jego kosmiczne pochodzenie nie mam pewności który z tych podpisów jest prawdziwszy). O jego pozaziemskim drzewie genealogicznym świadczy muzyka jaką tworzy i dzieli się nią z nami- Ziemianami.

Dość powiedzieć ze jakieś dwa tygodnie temu odkryłem jego wciąż jeszcze dość świeżą (wydaną przeszło trzy miesiące temu) płytę Listening Tree, którą przypieczętował kontrakt podpisany z legendarną wytwórnią Warp Records dla której nagrywają takie sławy jak Aphex Twin czy Boards of Canada. Jest to już jego trzeci w dorobku artystycznym longplay, ale poprzednich nie dane mi było jeszcze zaznać więc nie mogę powiedzieć czy poziom przez niego reprezentowany jest utrzymywany.

Przesłuchałem album już kilkunastokrotnie od kiedy tylko się o nim dowiedziałem i jakoś nie jestem w stanie oprzeć się jego klimatowi. Większość kompozycji przypomina mi trochę styl Depeche Mode (choć przyznaje bez bicia ze z ich dorobkiem jestem bardzo słabo zaznajomiony), a to głównie przez zaśpiew czasami łudząco podobny do sposobu w jaki robi to Dave Gahan. Dziesięć utworów, które można usłyszeć stanowi dość eklektyczną mieszankę. Nie tylko różniąc się pomiędzy sobą, ale również zmieniając swój własny charakter z każdą upływającą sekundą. Najlepszym chyba odzwierciedleniem tego prawie schizofrenicznego stylu jest Family Galaxy, które z początku wydaję się miłym chill-outowym kawałkiem z delikatnym syntezatorem w tle by nagle niespodziewanie nabrać takiego tempa i charakteru który ociera się o drum ‘n bass. Wytchnienia nie daje też następna pozycja Fortress, które moim zdaniem ma jedną z najlepszych partii syntezatorów jakie słyszałem (przywodzą mi na myśl ścieżkę dźwiękową z gry Deus Ex, która jest po prostu elektronicznym cymesem-zarówno gra jak i sama jej oprawa muzyczna). Nie mniejszą perełką jest tytułowa piosenka- przepełniona swoistym patetyzmem, tym bardziej, że refren nagrano w sposób, który daje złudzenie, że jest on śpiewany przez cały batalion Timów przydzielony do swoistego odpowiednika Chóru Armii Czerwonej. Każdy kawałek domaga się właściwie własnego opisu, lecz na nic zdają się słowa gdy przychodzi do przedstawienia takiej fali dźwięków. Kto jednak przeraża się tym miszmaszem powinien się uspokoić bo wbrew wszelkim pozorom to ostatecznie całość ma dość przystępny, żeby nie powiedzieć lekko popowy charakter.

Tak więc chyba ten kosmita dzięki swojemu Drzewu zapuścił dość głębokie korzenie w mojej muzycznej świadomości i stał się prawdę powiedziawszy póki co chyba jednym z największych moich odkryć tego roku. Jego niebanalność urzeka w jakiś metafizyczny sposób, ale nie jest na tyle przytłaczająca żeby musieć się do niego długo przekonywać. Mam nadzieję, że nie prędko wróci do swojej rodzinnej galaktyki, bo jeśli będzie dalej tworzył coś na miarę Listening Tree to jest on przeze mnie bardzo mile widziany wśród populacji tej planety.


Tim Exile- Listening Tree (2009)

  1. Dont Think Were One 4:57
  2. Family Galaxy 5:05
  3. Fortress 6:09
  4. Theres Nothing Left Of Me But Her And This 4:35
  5. Pay Tomorrow 4:08
  6. Bad Dust 4:50
  7. Carouselle 3:27
  8. When Every Days A Number 6:09
  9. Listening Tree 5:21
  10. I Saw The Weak Hand Fall 5:36

czwartek, 4 czerwca 2009

"A to Apparacik..."

Apparat… Poznałem tego pana dość dawno temu, za sprawą jego kolaboracji z Luomo, za której to sprawą narodził się tak wdzięczny utwór jak Love You All, które można znaleźć na płycie Convivial z 2008 roku. Jednak choć wiedziałem o solowej twórczości Saschy Ringa- bo tak naprawdę się on nazywa- to jednak nie miałem dość silnego bodźca, żeby się z tym materiałem zapoznać. Przełom nastąpił całkiem niedawno, kiedy to dowiedziałem się, że suportem dla sierpniowego koncertu Radiohead w Poznaniu będzie projekt Moderat, która składa się z połączonych sił Apparata i formacji Modeselektor (wystarczającą rekomendacją do ich jest fakt, że Thom Yorke uważa ich za swój ulubiony zespół) . Tak więc nie miałem innego wyjścia jak tylko przesłuchać to co ta trójka Niemców ma do zaoferowania razem, jak i osobno. I tym właśnie sposobem trafiłem na płyte Walls.

Już drugi utwór- Hailin From the Edge- powalił mnie na ziemię. Wydał mi się zaśpiewany troche w manierze Justina Timberlake- co wcale nie wydało mi się złe. Do tego ten hipnotyzujący riff basu, a wszystko uzupełnione o szepty i wzdychania w tle, daje efekt zmysłowej orgii. Wraz z następnymi kompozycjami na płycie klimat ulega ciągłej zmianie i rozmarzone nieco leniwe piosenki poprzeplatane są z tymi dynamicznymi przepełnionymi feerią dźwięków. Do kolejnych perełek na płycie można zaliczyć również podzielone na dwie części Fractales również wzbogacone o gitare basową, które moim zdaniem brzmi jak żywcem wyciągnięte z jakiejś podkładu jakiejś reklamy telewizyjnej. Z kolei Headup przywodzi mi na myśl klimat, który tworzy wcześniej opisywany przeze mnie M83 i ze swoją rozmarzoną senną atmosferą jest całkiem przyjemnym przystankiem na albumie. Natomiast zakończenie płyty to dziewięciominutowy utwór Porcelain podzielony na dwie części długą pauzą złożoną z ciszy. Jego ostatnie dwie minuty następujące po tej przerwie stanowią swoistą „kropkę nad i”.

Jak na płytę artysty działającego głównie na gruncie muzyki elektronicznej jest tu zadziwiająco wiele organicznych instrumentów, których użycie skutkuje w tym przypadku tym, że krążek otrzymuje niemal popowy wymiar. Jeśli traktować to jako pop to na pewno byłby to bardzo niebanalny pop przepełniony masą różnych smaczków i „udziwnień” nadających kompozycją odrobinę wzniosłości, żeby nie powiedzieć patetyzmu z pewnej strony. 

Tak czy inaczej ta płyta to bardzo przyjemna dawka muzyki elektronicznej, która swietnie sprawdza się dla tych, którzy nie są z nią mocno zaznajomieni jako punkt wyjściowy do dalszych poszukiwań interesujących brzmień. Wystarczy tylko podążyć szlakiem jaki wyznacza Apparat przez swoją współpracę z wymienionymi już wcześniej artystami, a łatwo można trafić na zespoły takie jak Telefon Tel Aviv (o którym pewnie prędzej czy później również dokładniej wspomne)


  1. "Not a Number" – 3:59
  2. "Hailin from the Edge" – 3:39
  3. "Useless Information" – 4:04
  4. "Limelight" – 4:12
  5. "Holdon" – 4:10
  6. "Fractales, Pt. 1" – 3:34
  7. "Fractales, Pt. 2" – 2:06
  8. "Birds" – 5:03
  9. "Arcadia" – 5:10
  10. "You Don't Know Me" – 4:24
  11. "Headup" – 5:06
  12. "Over and Over" – 5:07
  13. "Like Porcelain" – 9:19

niedziela, 5 kwietnia 2009

"Grzybobranie..."

Wiosna nastała już niemal na dobre. Sprzyjające warunki pogodowe sprawiły, że gdzieniegdzie pojawiły się już grzyby. Pewna kolonia purchawek wyrosła 23. marca tego roku. Nazywa się Junior, a jej zarodniki po świecie rozsiał duet grzybiarzy z Norwegii znany jako Röyksopp. Przedstawiłem ich już wcześniej przy okazji poprzedniego ich grzybobrania wiec pominę ich sylwetki tym razem i zabiorę się od razu do opisu jakie te purchawki wydają dźwięk przy pękaniu i co się dzieje z człowiekiem gdy przypadkiem wpadnie w chmurę ich zarodników.

Przy hodowaniu tych grzybów pracowało oprócz pary zawodowych grzybiarzy również kilka pań wkładających wiele zapału i energii żeby zapewnić im właściwe warunki na rozwój. Wśród tych współpracowniczek były te znane już wcześniej z poprzednich grzybni: Anneli Drecker i Karin Dreijer Andersson
(znana z tworzonego z bratem grzybiarskiego duetu The Knife, a ostatnio również z solowej kariery). Jak i dwie nowe Lykke Li i Robyn.

Podobnie jak w wypadku poprzednio wyhodowanych okazów, te pochodzące z opisywanego chowu zachwycają pojedynczo i wszystkie razem. Jednak tak jak brzmi nazwa tej dostawy- Junior. Są one mniej dojrzałe i nadają się raczej do spożywania tuż przed wyjściem na huczne przyjęcie. Wyjątkowa lekkostrawność i czasami nawet słodkawy smak wprawiają w bardzo przyjemny nastrój. Najlepszym przykładem jest pierwszy okaz nazwany
Happy Up Here, który nawet największego malkontenta zmieni w roześmiane radosne dziecko. Tuż obok The Girl and the Robot niwelujące słodycz swojego poprzednika. Jego smak jest zasługą wspominanej wcześniej Robyn, która sobie tylko znanymi metodami sprawiła ze ten grzybek jest jednym z bardziej sycących wśród nich wszystkich. Kolejnym bardzo interesującym grzybem jest Röyksopp Forever. W porównaniu z resztą raczej wytrawny, troche dłużej zostaje w żołądku, ale absolutnie nie powoduje jego bólów. Z kolei osobnik Tricky Tricky dojrzewiający pod okiem Karin Dreijer Andersson po spożyciu może wywołać omamy wzrokowe i słuchowe, aczkolwiek w żadnym wypadku nie zagraża zdrowiu ani życiu.Ostatni (ale nie najgorszy) wart opisania grzyb to It’s What I Want, który dostarcza wrażeń bardzo podobnych do Happy Up Here, aczkolwiek nie jest tak bardzo słodki. Istnieje jeszcze jeden okazz tej kolonii. Przeznaczony on został jednak wyłącznie do eksportu na rynek Japoński. Otrzymał on nazwę Were You Ever Wanted?, a dojrzewał przy opiece jaką obdarzyła go czuła Lykke Li. Udało mi się go skosztować. Jest to moim zdaniem najlepiej smakujący osobnik. Stanowi połączenie najlepszych cech całej reszty. Jego smak od razu przypada do gustu. Gdy dokładniej się go przeżuje może również powodowac pewne omamy. Jest bardzo sycący, ale jednocześnie nie ma się go dość i może prowadzić do swoistego uzależnienia. 

Porównując to dzieło pary grzybiarzy z ich poprzednimi odnosi się niezatarte wrażenie, że ich hodowle stoją na bardzo wysokim poziomie. Jednocześnie w konfrontacji z poprzednim chowem The Understanding obecny Junior wypada nieco słabiej. Jednak jeszcze przed jego dystrybucją hodowcy ogłosili że już na jesień pojawi się kolejna partia grzybów pod nazwą Senior która będzie uzupełniała obecną o to wszystko czego jej brakuje, a brakuje naprawdę niewiele więc śmiało mogę powiedzieć, że każdy miłośnik tego rodzaju grzybów bez żadnego wachania powinien się z nimi dokładniej zapoznać. Jeżeli nawet ktoś nie jest fanem takich hodowli to Junior może spowodować, że się do nich przekona.





  1. "Happy Up Here" – 2:44
  2. "The Girl and the Robot" – 4:28
  3. "Vision One" – 4:59
  4. "This Must Be It" – 4:41
  5. "Röyksopp Forever" – 4:59
  6. "Miss It So Much" – 5:01
  7. "Tricky Tricky" – 5:59
  8. "You Don't Have a Clue" – 4:33
  9. "Silver Cruiser" – 4:36
  10. "True to Life" – 5:50
  11. "It's What I Want" – 3:06
  12. "Were You Ever Wanted?"* – 5:37

*bonus przeznaczony na rynek japoński



piątek, 6 marca 2009

"Wiatr i płodność..."

Amon Tobin- jak to enigmatycznie brzmi dla kogoś postronnego. Ja sam gdy pierwszy raz natknąłem się na to nazwisko byłem szczerze zmieszany. „Amon- jak można mieć imię jak staroegipski bóg wiatru i płodności”- to pierwsze co sobie pomyślałem. No ale po zapoznaniu się z jego obszerną dyskografią bardzo polubiłem dźwięki jakie tworzy. O poziomie jaki prezentuje swoją twórczością najlepiej chyba świadczy fakt , że nagrywa dla legendarnego londyńskiego labelu Ninja Tune i to między innymi dzięki niemu ta wytwórnia zyskała sobie taką renomę.

Jeśli ktokolwiek spotkał się z utworem który ukazał się nakładem tego wydawnictwa muzycznego może mieć dość ogólne wyobrażenie o stylistyce wyznawanej przez Tobina, bo wszystkich wykonawców skupionych pod egida Ninja charakteryzują zbliżone brzmienia. Jednak jakbym chciał własnymi słowami opisać to co on gra to musiał bym chyba napisać dość grubą książkę. Śmiało można nazwać to muzyką elektroniczną, ale przesączoną na wskroś elementami jazzu, ambientu, trip-hopu, IDM i w większości pozbawiona jakiegokolwiek wokalu. To połączenie daje bardzo dziwne efekty, a przez to czasami ściana dźwięków wydaje się być istnym chaosem. W tym szaleństwie jednak jest metoda. Jego muzyka stała się na tyle popularna, że poproszony on został o napisanie ścieżki dźwiękowej do gry komputerowej „Tom Clancy's Splinter Cell: Chaos Theory”. Jestem święcie przekonany, że fakt, iż producent tej gry ma swoją siedzibę w Montrealu gdzie pomieszkuje Tobin był tylko drobnym detalem, dzięki któremu jemu przypadło to zlecenie.

Pośród jego bogatego dorobku wyróżnia się moim zdaniem jedna płyta- Out from Out Where.
Jej klimat jest nie do opisania. Jest mroczna, przepełniona grozą, jakimś niepokojem. Jedenaście kawałków, które ją tworzą istnieją nierozerwalnie w swoistej symbiozie ze sobą i ciężko jest wyodrębnić pojedyncze utwory. Nie jest to jednak niewykonalne. Kompozycje takie jak „Verbal”, „Hey Blondie”, a w szczególności „Rosies” zapadają na długo w pamięć i chce się do nich wrócić kolejnej nocy spędzonej na słuchaniu tej płyty. Słychać tu najróżniejsze sample stworzone z partii smyczków, gitarowych akordów, pojedynczych słów, instrumentów perkusyjnych jak dzwoneczki czy cymbałki, a wszystko poszatkowane ostrym nożem na drobne kawałki, następnie przemielone i zgrabnie ułożone w całość. Raz jest bardzo bardziej dynamicznie, innym razem bardziej wzniośle lub prawie pompatycznie. Płyta ma bardzo różne strony i za każdym razem może dostarczyć nowych emocji. Stanowi ona doskonałą rozrywkę na długi czas. O ile tak specyficzna forma rozrywki, jak w wydaniu Tobina komuś odpowiada, bo trzeba powiedzieć śmiało, że to nie jest muzyka dla wszystkich i może od niej odrzucać. Ja osobiście miałem pewne kłopoty z jej dobrym przyswojeniem, ale w końcu mi się to udało i jestem teraz wprost zauroczony. Zachęcam każdego do odrobiny samozaparcia, aby poznać wspaniały dorobek twórczości tego muzyka.

Dziś po wielu godzinach spędzonych na słuchaniu płyt Tobina, jego imię nie wydaje mi się już idiotycznie. Pasuje do tego człowieka idealnie. Jak już wspomniałem staroegipskie wierzenia wymieniały Amona jako boga wiatru i płodności. Tobina i jego muzykę również można porównać do wiatru bo czasem jest łagodna, czasem przybiera postać huraganu i wydaje się zawsze być nieprzewidywalna, a jeśli chodzi o płodność… To osiem studyjnych solowych albumow nagranych w ciągu dziesięciu lat pracy artystycznej, z których każdy trzyma poziom wydaje mi się całkiem niezłym osiągnięciem. Tak więc chwała Ci Amonie- wietrze!

Amon Tobin- Out From Out Where (2002)


  1. "Back From Space" – 4:52
  2. "Verbal" – 3:55
  3. "Chronic Tronic" – 6:07
  4. "Searchers" – 5:45
  5. "Hey Blondie" – 4:31
  6. "Rosies" – 5:22
  7. "Cosmo Retro Intro Outro" – 4:07
  8. "Triple Science" – 4:48
  9. "El Wraith" – 5:59
  10. "Proper Hoodidge" – 5:25
  11. "Mighty Micro People" – 5:48

czwartek, 26 lutego 2009

"Mój palec jest na przycisku..."

The Chemical Brothers. Duet DJ-ów z Wielkiej Brytanii. Są twórcami jednego z najlepszych albumów jakie znam i nie mówię tu tylko o tych z muzyką elektroniczną, ale o albumach wszystkich możliwych gatunków muzycznych. O czym mowa? O wydawnictwie „Push The Buton” z 2005 roku. Można na nim znaleźć cały przekrój muzyki elektronicznej właściwie: od downtempo w Close Your Eyes, przez klasyczny dla grupy big beat w The Boxer, aż do mocniejszego uderzenia prawie jak techno w Believe. Wszystko może się wydawać składanką, ale tak nie jest. To, że na jednej płycie znalazlo się hip-hopowe Left Right i przesączone folkiem Shake Brake Bounce dowodzi tylko tego, że ta dwójka panów ma bardzo szerokie spektrum pomysłów, z których każdy okazuje się trafiony i wspaniale zrealizowany. Smaczku płycie dodaje udział wśród zaproszonych wokalistów Kele Okereke z The Block Party. Jeśli chodzi o to co tak dokładniej słychać na płycie to mamy tu dużo sampli stworzonych z gitar akustycznych bardzo róznie brzmiących. Do tego indyjski wydźwięk Galvanize od którego rozpoczyna się album, no i jak na muzyke elektroniczną przystało cała masa syntezatorów i "tłustych beatów". Pisać można dużo, zachwalać jeszcze więcej, ale tak dobrze wyprodukowanego i nagranego albumu to ze święcą po prostu szukać. I w jego przypadku podobnie jak z "The Understanding" wydanego przez Röyksopp można śmiało powiedzieć, że „Push The Button” nadaje się i do tańczenia i do słuchania na spokojnie w domu. Kto nie pozna tej płyty straci bardzo wiele, a moc tej płyty jest tak wielka, że mnie- konserwatywnego rastamana z rockowymi ambicjami- w chwili kiedy ją pierwszy raz przesłuchałem parę wiosen temu przekonała skutecznie do muzyki elektronicznej, a co najważniejsze nie znudziła mi się od tamtej pory i co pewien czas wracam do niej z wielką przyjemnością.


The Chemical Brothers- Push The Button (2005)


  1. "Galvanize" – 6:33  
  2. "The Boxer" – 4:08
  3. "Believe" – 7:01
  4. "Hold Tight London" – 6:00
  5. "Come Inside" – 4:47  
  6. "The Big Jump" – 4:43
  7. "Left Right" – 4:14
  8. "Close Your Eyes" – 6:13
  9. "Shake Break Bounce" – 3:44  
  10. "Marvo Ging" – 5:28
  11. "Surface To Air" – 7:23

poniedziałek, 23 lutego 2009

Brzydkie kaczątko które stało się Czarnym Łabędziem…

Dawno, dawno temu za siedmioma rzekami, za siedmioma morzami żyło sobie brzydkie kaczątko imieniem Thom. Było bardzo brzydkie, a w dodatku miało coś nie tak z jednym okiem. Nie dość, ze urody mu natura poskąpiła to jeszcze dała mu pokręcony charakterek. Kaczątko dorosło. Dalej było brzydkie, dalej miało dziwny charakter, ale było już łabędziem... Czarnym Łabędziem... Śpiewającym łabędziem... I to śpiewającym w taki sposób, że strasznie trudno zrozumieć co śpiewa, ale robił to pięknie. Thom założył z paroma innymi przedstawicielami drobiu: kurczakiem Edem, rodzeństwem kaczek Colinem i Jonnym oraz indykiem Philem zespół i byli „radiogłowi”. Żyli sobie razem dobrze i powodziło im się. Inne zwierzęta na podwórku lubiły ich piosenki, nawet sam Gospodarz je nucił od czasu do czasu.. Jednak nadszedł taki dzień kiedy Thom postanowił, że bycie „radiowągłową” jest fajne, ale spróbował by czegoś na własną rękę. Tak też uczynił.

Dla tych nieuświadomionych mowa jest jak najbardziej o solowej płytce Thoma Yorke’a, która wydana została w 2006 roku pod tytułem The Eraser. Parę miesięcy później dziewięc utworów z albumu uzupełniono o EP-ke „Spitting Feathers” zawierającą b-side’y z dwóch singli: "Harrowdown Hill" i "Analyse", a wszystko wieńczy „The Eraser Remixed”, czyli jak sama nazwa wskazuje zremiksowana wersja utworów z „podstawowej płyty”. Podczas prac nad „The Eraser”, pan „oczko” był widocznie cały czas pod wpływem wydanych wcześniej z Radiohead „Kid A” i „Amnesiac”, lecz to co słychać na krążku jest jeszcze mocniej oparte na elektronice. Wszystkie piosenki maja bardzo osobisty charakter moim zdaniem. W tekstach Thom ujawnia swoje zaangażowanie polityczne („Harrowdown Hill”) oraz jak zwykle mase przemyśleń na temat samych ludzi, uczuć nimi kierujących jak i świata w ogóle. To w jaki sposób przepływa przez palce czas w „The Colck” staje się prawie namacalny. Frustracja zawarta „Black Swan” zmusza do powtarzania jak mantrę razem z Tohomem wersu „This is fucked up” (równie dobrze moim zdaniem pasuje „To jest chujnia”), a jakby tego było to kiedy śpiewa on „I’m black swan” nie można się powstrzymać przed wyobrażeniem go sobie jako ogromnego czarnego łabędzia. „And It Rained All Night” sprawia, że wyraźnie słyszy się miarowe stukotanie deszczu o szybę niezależnie od aury jaka panuje w rzeczywistości. Jednak jeśli tylko nie ma się ochoty na zadawnie sobie filozoficznych pytań to wystarczy tylko przestać wsłuchiwać się w słodkie bełkotanie Thoma i cieszyć się z misterium jakie daje słuchanie samej muzyki skomponowanej i nagranej z klasą do jakiej przyzwyczaił już odbiorców kompozycjami Radiohead (tkwi w tym duża zasługa „etatowego” producenta Nigela Godricha pracującego zarówno przy wszystkich płytach radiogłowych jak i przy The Eraser). Można by długo opisywać, porównywać jego wcześniejszych dokonań wraz z zespołem, do innych wykonawców, ale trzeba po prostu usłyszeć jak śpiewa „Czarny Łabędź” solo i tak jak z „Radiogłowymi”. Dodam na sam koniec, że warto zwrócić uwagę na okładkę, która jak dla mnie w pełnej krasie jest absolutnie rewelacyjna.

A jaki jest ciąg dalszy bajki o „Czarnym Łabędziu”? Tego będzie można się dowiedzieć w najbliższym czasie, bo po wydaniu w ubiegłym roku przez stadko drobiu „In Rainbows” (które już niedługo opisze) pracują nad następną płytką.

Thom Yorke- The Eraser (2006)

  1. "The Eraser" – 4:55
  2. "Analyse" – 4:02
  3. "The Clock" – 4:13
  4. "Black Swan" – 4:49
  5. "Skip Divided" – 3:35
  6. "Atoms for Peace" – 5:13
  7. "And It Rained All Night" – 4:15
  8. "Harrowdown Hill" – 4:38
  9. "Cymbal Rush" – 5:15


sobota, 21 lutego 2009

Początek...

Mój nieskonczony narcyzm sprawił, że w nagłówku strony widnieje taki napis, a nie inny. Ten sam narcyzm sprawił, że w ogóle chcę tu pisać i dzielić się moimi odkryciami muzycznymi, które bedę uważał za godne polecenia. 

Bez problemu wybrałem co dać na pierwszy ogień. Moje podniecenie dotyczące przyjazdu tego zespołu do Polski ciągle nie ustępuje. Mowa oczywiście o Röyksopp. Duet założony przez dwóch panów norwegów o imionach i nazwiskach jeszcze bardziej pokrętnie brzmiących niż sama nazwa zespołu oznaczająca ni mniej ni więcej tylko "purchawkę". Panowie mają już swój wyrobiony styl, który tak naprawde cięzko opisać, ale jest on bardzo rozpoznawalny. Już 23 marca ma sie ukazać ich najnowszy album "Junior", który mam nadzieje będzie równie udany jak jego poprzedznik "The Understanding", który mam wlaśnie zamiar teraz krótko przedstawić.

Album został wydany w 2005 roku. Przy jego tworzeniu duet współpracował z Kate Havnevik i Karin Dreijer Andersson (o obu tych paniach, które są równie niesamowite jak sam zespół napisze innym razem). Mamy tu 12 utworów, a wraz z płytką bonusową dostajemy jeszcze kolejne 5. Płyta ma swój wyjątkowy charakter, który z łatwościa można wyczuć już od pierwszego przesłuchania. Mieszanina tanecznych rytmów czasami zwalniających do tempa chill-out z rozmachem kompozytorskim i wielokrotnie niebanalnymi tekstami zaśpiewanymi w piekny sposob sprawiła, że ta płytka szybko stała się jedną z moich ulubionych. Za długo zajęło by wymienianie i opisywanie godnych polecenia pozycji na niej bo po prostu absolutnie wszystkie są godne uwagi i to w niemal równym stopniu. Jednak szczególnie singlowe "What Else is There?" z wokalem wcześniej już wspomnianej Karin  wrzyna się grubym dłutem w mózg, dzięki swojej mistycznej otoczce zapewnionej właśnie z powodu charakterystycznego śpiewu.  Zakończe jednym prostym stwierdzeniem. Ta płyta przeczy absolutnie porzekadłu mówiącemu, że "jak coś jest do wszystkiego, to naprawde jest do dupy". Ona nadaje się zarówno do tańczenia jak i do samotnie spędzanego jesiennego wieczoru.

Röyksopp- The Understanding (Deluxe Edition) (2005)

CD 1

  1. "Triumphant" – 4:20
  2. "Only This Moment" – 3:55
  3. "49 Percent" – 5:11
  4. "Sombre Detune" – 4:52
  5. "Follow My Ruin" – 3:51
  6. "Beautiful Day Without You" – 5:29
  7. "What Else Is There?" – 5:17
  8. "Circuit Breaker" – 5:24
  9. "Alpha Male" – 8:11
  10. "Someone Like Me" – 5:23
  11. "Dead to the World" – 5:20
  12. "Tristesse Globale" – 1:24

CD 2 (Bonus)

  1. "Go Away" – 3:52
  2. "Clean Sweep" – 5:17
  3. "Boys" – 4:45
  4. "Head" – 5:03
  5. "Looser Now" – 6:04

"kluczykowesłowo":  ultimovicio